#007 Skyfall – najpiękniejszy film o Bondzie

Wpis #007, więc nie mogło być inaczej – będzie dotyczył najbardziej znanego użytkownika tego numeru. A dokładniej jednego z filmów o jego przygodach, mojego ulubionego, „Skyfall”. Data publikacji tego wpisu też nie jest przypadkowa. Dzisiaj urodziny obchodzi aktualny odtwórca roli Jamesa Bonda – Daniel Craig.

Świeży start

Gdy pod koniec 2005 roku Daniel Craig został ogłoszony kolejnym odtwórcą roli charyzmatycznego agenta 007, na producentów spadła fala krytyki. Publice nie podobał się fakt, że Craig, w przeciwieństwie do książkowego oryginału, jest blondynem, zarzucano mu też m.in. zbyt niski wzrost. Jednak pierwszy film z jego udziałem, „Casino Royale”, okazał się sukcesem. Twórcy zdecydowali się na swego rodzaju restart serii. Po słabych i przesadnie kiczowatych (nawet jak na Bonda) filmach z Piercem Brosnanem w roli głównej, postanowiono stworzyć postać niejako na nowo – zdecydowanie bardziej podobną do książkowego oryginału. Powstała nawet zupełnie nowa oficjalna biografia 007.

Daniel Craig jako James Bond w przepięknym smokingu w kolorze navy blue od Toma Forda. Ciekawy wpis z analizą garderoby 007 ze „Skyfall” można przeczytać tu

Realistyczne podejście do scen walki, ludzki i podatny na zranienia (fizyczne i psychiczne) James Bond właściwie pozbawiony swoich charakterystycznych gadżetów oraz swoiste odcięcie się od przeszłości serii – to wszystko sprawiło, że dwa pierwsze filmy z Danielem Craigiem w roli główniej zyskały sporo nowych widzów i zapewniły przyzwoity dochód producentom. Jednak najbardziej konserwatywni miłośnicy kinowych przygód 007 nadal byli nieusatysfakcjonowani. Twórcy potrzebowali kogoś zdolnego stworzyć dzieło, które zadowoli zarówno nowych, jak i starych widzów fanów. Tą osobą okazał się Sam Mendes.

Pomost łączący klasykę z nowoczesnością

„Skyfall” to 23. film o przygodach słynnego brytyjskiego oficera wywiadu, jego premiera miała miejsce w 2012 roku, czyli równe 50 lat od pierwszego filmu na podstawie powieści Iana Fleminga – „Dr. No”. Sam Mendes kontynuuje pomysł na Bonda mrocznego, realistycznego, trapionego wieloma problemami. Jednocześnie pojawiają się elementy charakterystyczne dla starszych filmów – większa doza humoru, charyzmatyczny czarny charakter czy powrót postaci sekretarki Moneypenny i kwatermistrza „Q”. James Bond odzyskał też odrobinę swojego luzu – poprawianie mankietów koszuli po skoku z ramienia koparki do wagonu pociągu czy zapięcie marynarki po walce z przeciwnikami w kasynie wywołują mimowolny uśmiech u oglądającego.

Powrót postaci kwatermistrza „Q” to ukłon w stronę fanów klasycznych filmów

Najpiękniejszy film o Bondzie

Nowy reżyser to nie jedyna zmiana jeśli chodzi o twórców filmu. Nowy był również operator kamery. Producenci zatrudnili jednego z najlepszych współczesnych zdjęciowców – Rogera Deakinsa (późniejszego zwycięzcy Oscara za film „Blade Runner 2049”). Połączenie talentu obydwu panów dało niesamowity efekt – cały film jest bardzo estetyczny, a każdy kadr dopracowany i przemyślany. Mnóstwo jest ujęć, w których kadr dzielony jest wizualnie na pionowe segmenty, a postaci znajdują się w jego centrum.

Idealnie podzielony kadr – takich estetycznych ujęć jest w filmie mnóstwo

Kolejny element, który sprawia, że film przyjemnie się ogląda to oświetlenie. Roger Deakins słynie ze świetnej gry światłem i nie inaczej było tym razem. Pomógł tutaj również rewelacyjny dobór lokacji – m.in. zimny, nowoczesny Szanghaj oraz ciepłe, oświetlone lampionami Makau. No i oczywiście niezmiennie zachwycająca Szkocja.

Cieszy też, że swoje pięć minut dostał klasyczny samochód Bonda – Aston Martin DB5.

Mogło być inaczej

Kilka lat po premierze na jaw wyszedł pierwotny pomysł na historię przedstawioną w filmie, który zaproponował jeden ze scenarzystów. Fabuła miała zaczynać się od retrospekcji, w której to M, szefowa Bonda, pełni służbę w Berlinie w czasie Zimnej Wojny i wdaje się w romans z agentem KGB. Po latach jest ona szantażowana przez jego syna, a do rozwiązania całej sprawy wyznaczony jest oczywiście 007, który pod koniec filmu… własnoręcznie uśmierca swoją szefową.

Trzeba przyznać, że pomysł ten był dosyć odważny i na pewno wzbudziłby wiele kontrowersji. Nie spodobał się on jednak reżyserowi oraz producentom filmu, ponieważ był zbyt dużą odskocznią od realiów i postaci stworzonych przez Iana Fleminga.